Wpis gościnny Joanny Jastrząb

Mogłoby się wydawać, że cała uwaga poświęcana ostatnio zjawisku, jakim jest copyright trolling, powinna bardziej uświadomić internautów, a tym samym zmniejszyć jego efektywność i zniechęcić do podejmowania kolejnych podobnych działań. Tymczasem problem zdaje się narastać – ostatni tydzień przyniósł kolejną falę wezwań kierowanych do rzekomych naruszycieli praw autorskich w sieci.

Trolling w prawie

Czym właściwie jest trolling? Początkowo tego pojęcia używano na nazwanie działań polegających na uzyskaniu patentu na wynalazek albo prawa do znaku towarowego głównie po to, aby za jego naruszenia ścigać innych. Osoby uprawnione nie używały więc wynalazku we własnej działalności, ale szukały tych którzy to robią, aby uzyskać od nich odszkodowanie za naruszenie. Ich głównym celem był łatwy zysk. Niemniej jednak, aby ten „łatwy” zysk osiągnąć, musieli na początku ponieść znaczne koszty, żeby zarejestrować wynalazek lub znak towarowy i poczekać na udzielenie prawa – cała procedura zwykle trwa kilkanaście miesięcy.

Inaczej jest z prawami autorskimi. Powstają one bowiem z momentem stworzenia utworu, nie trzeba ich rejestrować, nie są zależne od uiszczenia jakichkolwiek opłat. Jednocześnie, są nagminnie naruszane w sieci, a przeciętni internauci mają nikłe pojęcie o tym, jakie i czyje prawa łamią, korzystając np. z sieci P2P, aby ściągnąć filmy.

Nie ma nic dziwnego w tym, że uprawnieni (wydawcy, producenci, artyści) oczekują rekompensaty za naruszenie wyłącznych praw do utworów, które stworzyli. Kiedy jednak w tym celu wykorzystują nieetyczne i nieuczciwe środki, a kieruje nimi jedynie chęć zysku, pojawia się copyright trolling. Uzyskiwane w ten sposób odszkodowania są w rzeczywistości kolejnym źródła dochodów z filmów, oprócz, przykładowo, zysków z reklam czy gadżetów.

Kariera copyright trollingu

Copyright troll działa w stosunkowo prosty sposób – w oficjalnym piśmie skierowanym do internauty informuje go o wykryciu naruszenia prawa, „ostrzega” o możliwości skierowania sprawy na drogę sądową i podaje alternatywę – zapłatę stosunkowo niewielkiego odszkodowania. Niewielkiego, wobec wagi naruszenia i wszystkich kosztów, które internauta poniesie decydując się na postępowanie sądowe, które przecież niewątpliwie przegra. Oficjalne wezwania nie są oczywiście podpisywane przez artystów, lecz przez adwokatów, kancelarie, stowarzyszenia – im ich nazwy brzmią poważniej, tym lepiej.

Pozostawiając na boku kwestię zasadności i wysokości kierowanych żądań, o nazwaniu ich copyright trollingiem decyduje sam sposób ich wysuwania. Są bowiem tak sformułowane, aby upewnić internautę w tym, że został przyłapany i zastraszyć go dalszymi krokami, które mogą zostać podjęte. W szczególności rysuje się przed nim wizję odpowiedzialności cywilnej (wysokie odszkodowanie) oraz karnej, cytując przy tym groźne brzmiące przepisy informujące o zagrożeniu nie tylko karą grzywny, ale też ograniczenia albo pozbawienia wolności nawet do 2 lat.

Jeśli internauta będzie miał cokolwiek na sumieniu, przestraszy się i będzie wolał dla przysłowiowego świętego spokoju zapłacić kilkaset złotych, niż ryzykować proces i wyrok skazujący. Cel zostanie osiągnięty.

Kolejne wzory wezwań do zapłaty, które publikowane są w Internecie, pokazują, że trolle idą o krok dalej. Pisma kierowane są na chybił trafił, w imieniu podmiotów których pełnomocnictwa nie zostały załączone (a czasem nie wiadomo nawet, czy faktycznie istnieją), podpisywane przez osoby, których tożsamość trudno zidentyfikować. Można się tylko zastanawiać, czy stoją za nimi faktycznie posiadacze praw autorskich, czy może ktoś wpadł na pomysł na świetny biznes.

Naśladowcy

Patent, trademark i copyright trolle stają się wzorem dla innych. Przykładem mogą być rzekome organizacje konsumenckie (poniżej fragment pisma organizacji KOMPENDIUM), które w związku ze zmianą przepisów wzywają do uaktualnienia regulaminów sklepów internetowych:


„Wzywamy aby w terminie do 7 dni od dnia otrzymania niniejszej wiadomości Państwa regulamin zgodnie z obowiązującymi przepisami z dnia 25 grudnia 2014 roku został zmieniony, gdyż jeżeli ww. terminie nadal będziecie naruszali interes konsumenta lub obowiązujące przepisy prawne, będziemy zmuszeni złożyć pozew do Sądu Okręgowego w Warszawie (zgodnie z art. 479 z indeksem 38 i n. kodeksu postępowania cywilnego) Wydziału XVII Ochrony Konkurencji i Konsumentów Sądu, a to wiąże się z poważnymi konsekwencjami prawnymi, zwłaszcza finansowymi (nawet parę tysięcy złotych) oraz anty reklamą, gdyż Sąd w Wyroku nakazuje publikację treści regulaminu (oczywiście na koszt pozwanego przedsiębiorcy) w rejestrze klauzul niedozwolonych prowadzonym przez Prezesa Urzędu ochrony Konkurencji i Konsumentów.”

Wątpliwa jest ich troska o konsumentów, szczególnie kiedy w samym wezwaniu podawane są adresy do firm zajmujących się tworzeniem (a raczej sprzedawaniem) takich regulaminów. A o rzetelności tych organizacji może świadczyć fakt, że pisma wysyłane są masowo i chaotycznie – trafiają nie tylko do sklepów internetowych, które nie prowadzą sprzedaży dla konsumentów, ale nawet do… szkół podstawowych.

Jaka jest recepta?

Problem ciągle narasta. Zaskakujące wobec tego wydaje się ignorowanie copyright trollingu przez władze, które wymijająco odpowiadają na kolejne kierowane do nich pytania. Pozostaje mieć nadzieję, że ostatnia interpelacja poselska posła Wiplera skierowana do Ministra Sprawiedliwości doczeka się odpowiedzi. Do odpowiedzialności za członków palestry zdają się jednak poczuwać korporacje prawnicze – obecnie trwa postępowanie dyscyplinarne przeciwko Annie Łuczak, adwokatowi, która trollowała jako jedna z pierwszych.

Kwestia copyright trollingu wpisuje się w szerszy kontekst znajomości prawa w sieci i jego efektywnego egzekwowania. Ciekawym pomysłem i być może sposobem na to zjawisko jest dekryminalizacja przypadków rozpowszechniania (także przez P2P) cudzych utworów, o ile nie jest ono dokonywane w celach zarobkowych>. Uprawnionym pozostawałaby droga cywilna, a internauci nie byliby straszeni procesem karnym i więzieniem.

Na konkretną reakcję trzeba będzie jednak jeszcze poczekać. Póki co pozostaje nam jedno – nie karmić trolla.

Joanna JastrząbJoanna Jastrząb
Absolwentka WPiA UJ, aplikantka radcowska. Interesuje się prawem nowych technologii i szeroko pojętym prawem Internetu, w szczególności w kontekście naruszeń znaków towarowych i czynów nieuczciwej konkurencji. Na co dzień pracuje w kancelarii Chabasiewicz Kowalska i Partnerzy (www.ck-legal.pl)

grafika wyróżniająca wpis jest autorstwa Matthijsa