Jesteśmy ostatnio świadkami wielkiego renesansu sztuki tatuażu. Znakowanie ciała kojarzone kiedyś wyłącznie ze światkiem przestępczym wchodzą na salony, łydki prezesów wielkich korporacji i pod bluzki nauczycielek. To dobry moment, żeby znów zastanowić się kto właściwie posiada prawa autorskie do tatuażu.

Zakładając, że wzór wykonany przez tatuażystę ma charakter twórczy, podlega on ochronie prawnoautorskiej w taki sam sposób jak obraz namalowany na płótnie. Co za tym idzie, wszelkie chęci zmiany lub zniszczenia dzieła wymagają zgody twórcy, ponieważ są to próby naruszenia integralności dzieła. W przypadku tatuażu sprowadza się to do decydowania przez tatuażystę o… ciele jego klienta do końca jego życia a wydaje się, że także do skóry po jego śmierci. Pozwólcie, że nie będę rozwijać tego upiornego nekro-wątku ;)

Po drugie, pojawia się problem publicznego prezentowania dzieła bez zgody autora. Właściciel wytatuowanych pleców, według prawa autorskiego, niczym nie różni się od człowieka z przypiętym na plecach obrazem, dlatego teoretycznie publiczne pokazywanie tatuażu wymaga zgody. Czy ktoś z Was, tatuażyści którzy czytacie tę notkę, przenosi prawa autorskie majątkowe na swoich klientów?

Mike Tyson właśnie w ten sposób zabezpieczył się przed prawnoautorskimi roszczeniami wykonawcy swojego słynnego tatuażu, popisując z nim umowę licencyjną o możliwość upubliczniania dzieła, czyli o chodzenie bez worka na głowie. Mniej rozważni byli twórcy filmu „Kac Vegas” (ang.Hangover), którzy przyozdobili twarz jednego z aktorów dokładnie takim samym tatuażem jaki nosi Tyson, co szybko wypunktował Victor Whitmill – twórca tatuażu. Amerykański sąd nie miał okazji wypowiedzieć się czy upublicznianie tatuażu powinno mieć taki sam rygor jak przy innych dziełach, ponieważ jak to w Stanach zwykle bywa, między wytwórnia Warner Brothers zaproponowała ugodę zanim doszło do rozprawy.

Na podobny sposób wyłudzenia odszkodowania wpadł rodzinny tatuażysta rodziny Beckhamów. Louis Mollo, twórca dziewięciu tatuaży Davida Beckhama, pozwał piłkarza za publiczne prezentowanie jego dzieł w jednej z kampanii reklamowych. Sprawa również zakończyła się ugodą przyklepaną dużą sumą pieniędzy.

Faktycznie, od strony teoretycznej, brak szczególnego rozwiązania w ustawie, który mogłoby zakończyć spór. Prawnicy wyczekują precedensowego wyroku sądowego, wyznaczającego dalsze orzecznictwo, jednak dopóki stronom bardziej będzie opłacać się pójście na ugodę, wyroku nie zobaczymy.

Gdyby David zapytał mnie o radę, pewnie sugerowałabym powoływanie się na proporcje dóbr prawnych- wolności do rozporządzania własnym ciałem i prawa autora do rozporządzania dziełem. Zarówno wolność jak i własność mają swoją podstawę prawną w najwyższym rangą akcie prawnym – Konstytucji RP. Jako że jednak wolność człowieka m.in. do odsłaniania swojego ciała i swobodnego funkcjonowania w społeczeństwie także godności człowieka, wolność ta powinna mieć priorytet nad prawami autorskimi. Wydaje się, że prawo własności nie spełni swojej społecznej funkcji przy jednoczesnym braku zapewnionego prawa do wolności.

Żeby jednak nie pogwałcić jednocześnie praw twórców, przydałby się wyjątek w ustawie dotyczący twórczości wykonywanej na ciele człowieka. Ciekawa jestem czy doprowadziłoby to do prób wyłudzania odszkodowań np. za podobne makijaże.